Chciałem podzielić wrażeniami z wizyty w Zen Zentrum Berlin e.V. (po naszemu: Kwan Um). Zwykle, kiedy gdzieś jadę, szukam miejsca zen do siedzenia. Kiedy gdzieś siedzę, mam większe poczucie, że się witam z duchami miasta, do którego przyjeżdżam. Zawiązuję więź. Proszę o przyjęcie. A też od razu jestem u siebie, kiedy idę siedzieć.
Więc i w czasie wizyty w Berlinie poszukałem miejsca. Spodobało mi się szczególnie to, że mają ranną praktykę: w dni powszednie zaczynają o 5:30 i siedzą do 7:30. I to na nią się wybrałem. We wtorki i piątki siedzą też popołudniami. Planu szczegółowego nie sprawdziłem. Skarpetek nie wziąłem i tym samym popełniłem fopa – na szczęście nowopoznany kolega Ben pożyczył. Szczerze wątpię, bym kiedyś w życiu zaczynał znajomość od pożyczenia skarpetek. Zresztą – pożyczyć to jeszcze, ale potem oddać…? Oprócz Bena był na miejscu też Michael.
A to, że planu nie sprawdziłem, miało taką konsekwencję, że kiedy okazało się, że zaczynają dzień od stu ośmiu pokłonów to właściwie się trochę zdyszałembochociażkondycjęmamnienajgorszątojednak… Uf. Potem śpiewy: koreański styl, z takim (nie wiem, czy dobrze to nazywam) otwartym gardłem, mocno, głośno, ale nie wymuszenie. I jakoś tak przyjemnie widzieć te podobne, jednak trochę inne wyrazy Sutry Serca na przykład w wersji koreańskiej. Albo niemieckiej. To sprawiło, że pomyślałem o linii przekazu: jak się wije – Polak z tradycji zen siedzący z Niemcami, śpiewający razem po koreańsku tekst, który kiedyś chyba był po chińsku, a wywodzący się z Indii z oralnego przekazu w pali lub sanskrycie. I że byłem już w podobnej sytuacji, gdy językiem obowiązującym był kataloński czy angielski (domyślacie się, że wtedy oczywiście nie z Niemcami śpiewałem raczej, ale nawet jeśli się domyślacie, to wolę to uzupełnić, bo potem będzie, że jakieś androny opowiadam).
A potem było siedzenie, którego przebiegu nie będę streszczał. Tyle że widziałem, jak promienie wschodzącego słońca przesuwają się po chropowatej ścianie – a lubię ten widok.
Na zakończenie usiedliśmy przed laptopem i zoomem. Chwilę porozmawialiśmy z mistrzynią Gu Ja, która z nami siedziała online. Na początku myślałem, że byli tak mili i ze względu na mnie mówiliśmy po angielsku. Potem zdałem sobie sprawę, że dla mistrzyni. To, co mnie bardzo poruszyło, to słowa Gu Ja w odpowiedzi na to, że Michael powiedział, że w poniedziałek będzie sam obsługiwał dwa instrumenty używane w trakcie praktyki i że może będzie po prostu sam. Powiedziała zupełnie naturalnym głosem: „Nie szkodzi, jeden człowiek to cały wszechświat.” Wspaniałe, prawda?
To już koniec tej relacji. Tylko jeszcze wyjaśnienie: piszę to, bo lubię odwiedzać miejsca praktyki, siedzieć z ludźmi i dzielić się wrażeniami. Ale też dlatego, że ostatnio tak mam, że jestem – jakby to powiedzieć? – oczarowany praktyką i życiem, które jest od niej nieoddzielne. Ale nie umiem za cholerę się tym podzielić, przekazać tego. Jestem sam w Czystej Krainie. Jest pięknie, ale też smutno i samotnie bardzo, bo kiedy mówię „Zobacz!”, nie ma niczego, na co mogę wskazać… Ot, wycieczka do Berlina i że jeden człowiek to cały wszechświat.
Totai
Dodaj komentarz