Fragment książki Thích Nhất Hạnha „The Bodhisattva Path. Commentaries on the Vimalakirtinirdesa and Ugrapariprccha Sutras”, Palm Leaves Press, 2022, str. 163-167
Kiedy już [Bodhisatwa Mañdziuśrī i Wimalakīrti] wymienili uprzejmości, bodhisatwa zagaił poważniej:
„Jaka jest przyczyna twojej choroby? Jak długo źle się czujesz? Co trzeba zrobić, byś odzyskał zdrowie?”
I tu Wimalakīrti zaczyna mowę Dharmy:
„Choroba moja bierze się z niewiedzy związanej z żądzą.”
Oczywiście ta diagnoza nie dotyczy tylko Wimalakīrtiego, ale wszystkich czujących istot. Powodem choroby jest niewiedza. Niewiedza to brak rozumienia albo jego nadmiar, kiedy gromadzimy zbyt wiele wiedzy, zwłaszcza tej, w której obecne są uprzedzenia, która jest nieprawidłowa, przesłania nam drogę i wprowadza nas w stagnację. Jeśli jesteśmy mądrzy, wiedza przysłuży się naszemu rozumieniu. Jeśli nie, to stanie się przeszkodą i ograniczy czy zatrzyma swobodę umysłu.
Choroba czujących istot wywodzi się z niewiedzy. Żądza jest skutkiem niewiedzy. W tym wypadku żądza oznacza przywiązanie, lgnięcie i dążenie do tego, co nie jest warte naszego pożądania. Coś może nas niszczyć, a i tak pożądamy. Powstaje więc cierpienie. To jest choroba. Spośród dwunastu ogniw współzależnego powstawania to niewiedza jest ogniwem wymienianym na ogół jako pierwsze. Żądza prowadzi do przywierania, czyli do tego, że z całych sił chwytamy się czegoś, na ogół idei. Żądza i przywiązanie to choroby czujących istot.
„Skoro istoty chorują, ja choruję.”
To jeden ze słynnych cytatów z Vimalakīrtinirdeṣa. Mówi o nauczaniu o uwarunkowanym powstawaniu i współbyciu. Tak to jest. Jeśli społeczeństwo choruje, i my się rozchorujemy. Niezwykle trudno uniknąć zachorowania, gdy chora jest społeczność, chyba że mamy dużo wolności, bardzo silne aspiracje i potrafimy budować wały ochronne i fosy, które chronią przed chorobą. Owe wały ochronne i fosy to w przypadku osób praktykujących wskazania, skupienie, wgląd i sangha.
Gdy żyjemy w społeczeństwie nękanym przemocą i nienawiścią, w którym nie ma więzi braterskiej ni siostrzanej, wówczas wszystko, co słyszymy, widzimy i odczuwamy, stać się może kanałem, przez który do naszych ciał i umysłów dostaje się choroba. Zarazimy się wcześniej czy później. I my poniesiemy w społeczność przemoc, nienawiść, podejrzliwość i depresję. Jeżeli wiemy, jak praktykować i jak niczym ze zbroi korzystać ze wskazań, skupienia i wglądu, jeżeli wiemy, jak korzystać z sanghi w odżywczy sposób, możemy zarażenia uniknąć. „Jeśli środowisko choruje, rozchorujemy się i my.” to zasada współbycia, pokazana w Sutrze Avataṃsaka.
„Jeśli żyjące istoty przestaną chorować, będę automatycznie uleczony.”
W pierwszej mowie Dharmy, jaką wygłosiłem w czasie odosobnienia dla północnoamerykańskich weteranów wojennych, odwołałem się do tej idei. Dzięki temu od początku odosobnienia mogłem zacząć pomagać im w rozsupływaniu węzłów ich cierpienia. To ludzie o licznych kompleksach. Przyjechali do Wietnamu toczyć wojnę, a do domu wrócili straumatyzowani. Ponieśli porażkę, więc inni Amerykanie nie okazywali wdzięczności. Weteranom nie byli wdzięczni ani ci, którzy brali stronę „jastrzębi”, ani ci, którzy sprzeciwiali się wojnie. Przez to byli żołnierze bardzo po powrocie do domu cierpieli. Ani jastrzębie, ani przeciwnicy wojny nie chcieli nic wiedzieć o weteranach i ich cierpieniu. Ani jedni, ani drudzy nie oferowali próby zrozumienia, przyjęcia ani współczucia. Żołnierze wracający do kraju byli stale chorzy na ciele i duszy. Niemal wszyscy potrzebowali leczenia psychiatrycznego. Cierpieli i o cierpienie przyprawiali żony, dzieci i otaczającą ich społeczność.
Kiedy po raz pierwszy wszedłem do sali, w której dawano mowy, poczułem ciężki i duszny nastrój, i powiedziałem: „Wasze cierpienie jest cierpieniem tych, którzy nie wrócili z wojny. Jeśli nieweterani wiedzieliby, jak praktykować, to i wy bylibyście uleczeni. Ponieważ brak im rozumienia, współczucia i tolerancji, wy wciąż chorujecie. Gdyby praktykowali, gdyby współczuli i rozumieli, i wy bylibyście uzdrowieni.” Mówiłem najprościej, jak umiałem, a oni natychmiast pojmowali. Nie posługiwałem się słownictwem buddyjskim Vimalakīrtinirdeśy, w której mówi się:
„Jeśli bodhisatwa chce wyzdrowieć, musi postępować tak, by wyleczyć żyjące istoty. Kiedy żyjące istoty się wyleczą, wyleczy się bodhisatwa.”
Wimalakīrti rzekł:
„Pytasz, Bodhisatwo Mañdziuśrī, 'Skąd bierze się twoja choroba?’ Moja odpowiedź brzmi: Powodem, dla którego bodhisatwa choruje, jest jego współczucie.”
Ów bodhisatwa odczuwa ból żyjących istot jako swój własny, ponieważ dostrzega prawdę współbycia, zgodnie z którą skoro ty chorujesz, to choruję i ja. Choć zamykasz się w wieży z kości słoniowej, w sandze, i przestrzegasz wskazań, czujesz ból swojej społeczności. By naprawdę być bodhisatwą, musisz doświadczyć choroby. Wiesz jednak, że by uleczyć żyjące istoty, musisz najpierw zaradzić własnej chorobie. Bodhisatwa poznaje sztukę leczenia, by wyleczyć siebie, a potem pomóc leczyć się żyjącym istotom i tej planecie. Co więcej, bodhisatwa nie pozwala, by proces leczenia rozpoczął się zbyt późno. Nawet, jeśli choroba jest bardzo ciężka, bodhisatwa wie, że leczyć może każdy krok, każdy oddech. Rozchorować się można w każdej chwili. W każdej chwili można się wyleczyć. Możemy więc powiedzieć: „Skoro istoty chorują, ja choruję.”, ale powinniśmy dodać: „Skoro ja się leczę, leczą się żyjące istoty.” Nie możemy tylko rzec: „Choruję, bo chorują żyjące istoty.” i tak to zostawić. Wielką aspiracją bodhisatwy jest, by tak długo, jak długo cierpią żyjące istoty, pozostać w tym ich świecie i pomóc im się leczyć. Bodhisatwa nie boi się narodzin, choroby, starości i śmierci – skorzysta z tej fali, by ratować tonących.
tłum. Totai

